Spieszno więc było młodej bogini do sali jadalnianej, gdzie wraz ze swymi siostrami zasiądzie do pięknie wystrojonego stołu uginającego się od ilości potraw. Gdy już przekroczyła próg srebrnych drzwi ozdobionych biało-czarnymi malunkami bogów walczących ramię w ramię z ludźmi, które zresztą były jej ulubionymi dziełami znajdującymi się licznie w pałacu, poczuła tą dojmująco pożądaną i wyczekiwaną atmosferę. Od małego szkraba fascynowały ją inne rasy a tym bardziej istoty myślące i poddające ocenie swoje środowisko. Patrzyła więc na rasę ludzką, z zachwytem obserwując ją nie tylko na obrazach, ale także w czasie rzeczywistym z okna w podłodze swojego podniebnego pokoju.
Jej nozdrza wypełniły się zapachami naleśników, gofrów, smażonej na chrupiąco jajecznicy oraz soczystego boczku. Wbiegła do sali jadalnianej, a gdy wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę, przerwała swoje radosne podrygi i zaczęła zmierzać na swoje miejsce w majestatycznej ciszy, powoli zmieniając nogi. Choć ekscytacja w niej wrzała, nie dało się tego zobaczyć po poważnej małej twarzyczce oraz wyprostowanej, dorosłej postawie przy stole. Lata dziecięce właśnie na tym jej upływały: przyjaźniach, jedzeniu i spoglądaniu na ludzi oraz inne stworzenia. Młoda Polty była również częstą turystką wszystkich bibliotek oraz parała się małymi konstrukcjami. Wszyscy siedzący przy stole to wiedzieli. Każdy znał tutaj każdego niczym własną kieszeń. Tym większa była ich ekscytacja, gdy dawali małej bogini prezent urodzinowy. Jakiż zachwyt na twarzy młodej stwórczyni wywołał zestaw małego chemika oraz równie potrzebne do wykonywania eksperymentów prawdziwe odczynniki. Wszyscy zgromadzeni uradowani byli tą okazją oraz wdzięcznością młodej osóbki. Po uroczystej kolacji oraz pełnej wszelkich wdzięczności, majestatycznej uroczystości rozdawania prezentów Polty udała się do siebie, by tym razem nie spoglądać na Ziemię przez okrągłe okno, a zgłębiać tajniki atomowego świata.
Takie właśnie życie prowadziło się w niebiosach, gdy na Ziemi trwały wojny, a krew przelewała się przeraźliwie.
Gdy na świecie powstawała Heraina. Można rzec, iż Heraina jest młodszą siostrą Polty bowiem powstała nieco później aniżeli stwórczyni. Kształtowała się bowiem z każdym użyciem mocy młodej bogini, z każdym urzeczywistnieniem jakiegoś tworu Heraina także się budowała. Atom po atomie i związek po związku. Powoli i przez wiele lat, zanim faktycznie została ukształtowana w swoją finalną formę. Nie pojawiła się znikąd, gdyż powstawała gdzieś w ciemnej jaskini na Ziemi. Od jej stworzycieli dzieliło ją nie tylko setki kilometrów, ale również bariery boskiego świata. Przejście do nich nie było zatem łatwe do wykonania.
Tymczasem niczego nieświadoma Polty (w świecie stworzonym przez oraz dla bogów) bawiła się w najlepsze, odkrywając kolejne tajemnice książek, rozwiązując zagadki oraz obserwując. Im doroślejsza się stawała, tym więcej z widzianych zjawisk ją fascynowało, ale również więcej z nich rozumiała. Odkrywała świat. Małymi krokami i w nieco niepoprawny logicznie sposób, jednakże jak można było ją winić? Nie miała świadomości, co dokładnie powinno być brane za poprawne zachowania ludzkie, co zaś było tylko pięknym obrazem przedstawionym w książkach.
Gdy osiągnęła boski wiek nastoletni, stała się pewnego dnia w pełni świadoma. Przyszło to do niej gwałtownie niczym uderzenie w twarz. Niespodziewanie i bez ostrzeżenia.
Nagle ją poczuła.
Gdzieś wewnątrz siebie, choć zasadniczo to miało raczej postać nitki wiążącej ją z Ziemią, a w tym z Herainą, czyli jej siostrą. Początkowo nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, jak postąpić. W boskim świecie, jeśli choć raz twoja stopa dotknie ziemskiego padołu, nie ma możliwości powrotu. Do boskiego pałacu mają wstęp tylko osoby czyste, które nigdy nie pohańbiły się brataniem z niższymi istotami. Wzrok Polty wciąż jednak patrzył w podłogę, w ozdobione złotymi framugami okno, w Ziemię. Czuła jakby Heraina ją wołała i w dzień i po zmierzchu. Serce Polty biło szybciej, gdy o tym myślała. Gdy jej wzrok machinalnie powracał wciąż w to samo miejsce. Mózg cały czas wyobrażał sobie zejście na Ziemię, do Matki Natury gdzie wszystko jest znacznie mniej statyczne. Odtwarzał jej obrazy zarówno za dnia, jak i po zmroku, gdy jej powieki przysłaniały widoki. Obrazy przelatywały przez logiczny umysł młodej bogini, a wyobraźnia wciąż podsuwała nowe pomysły na przekonanie innych, iż ludzie nie są źli. I jeszcze to mrowienie. Ciarki przechodzące po kręgach szyjnych, gdy tylko jej siostra się poruszała. Polty czuła, że patrząc w dół, potrafi ją namierzyć... Jakby były połączone nierozerwalną nicią przeznaczenia. Polty siedziała nad książkami… Kartkowała je, choć miała wrażenie, iż zna każdą informację. Jakoby były wybite w jej mózgu niczym na glinianej tabliczce. Wyrównany oddech powoli przyspieszył na widok ryciny człowieka w podręczniku. Dotknęła delikatnie palcami obrazka. Jej bladoróżowe włosy opadły swobodnie do przodu, gdy zbliżyła twarz, by lepiej przyjrzeć się anatomii. ”Tacy podobni. Jesteśmy tacy podobni!” - westchnęła, przekręcając delikatnie głowę na bok. Gdy dotknęła obrazka delikatnie palcami, poczuła niewyobrażalną tęsknotę. Tak dojmującą, iż gdzieś wewnętrznie zapłakało w niej małe dziecko. Nie potrafiła pojąć, dlaczego się tak dzieje. Dlaczego tęskni za czymś, czego nigdy nie miała. Co od zawsze było z dala od jej możliwości. Tyle lat przyglądała się tym istotom z góry, z oddali... Nie mogąc tak naprawdę przeżyć niczego… Z powodu pradawnych zasad, których uzasadnienie dawno wygasło, ale wszyscy trzymali się ich, jakby były święte.
Zatrzasnęła książkę i położyła na niej głowę. ”Głupota!” myślała. „Jakie to wszystko głupie!”. A jej wzrok jakby mimowolnie powędrował w stronę okna w podłodze. W stronę wolności. Spojrzała między swoim ramieniem a książką i ujrzała piękną połać lasu mieniącą się w jej kierunku wszystkimi odmianami zieleni. Chciałaby tam być i czuć ten wiatr we włosach. Czuć zapach lasu i przyglądać się jego okazom. Podniosła głowę, marszcząc brwi. Wyprostowała kręgosłup i spoglądała na widok, który wywołał dziwny niepokój wymieszany z ekscytacją. Czarny punkt zdawał jej się przyglądać... Był nieruchomy na skraju lasu i patrzył niemalże prosto w nią. Serce zabiło jej tak mocno, jakby chciało w jednej chwili wyskoczyć z jej klatki piersiowej. Ruszyła biegiem do okna, rozrzucając wokół siebie tysiące notatek oraz powodując nieuchronny upadek podręcznika na ziemię. Przylgnęła do szybki, patrząc w dół niczym zahipnotyzowana. Serce biło jak oszalałe, dłonie pociły się jakby w ataku paniki, a umysł przetwarzał miliony myśli w jednym momencie. Oddychała szybko a mrowienie niepokoju przeszło w poczucie stresu, jednakże takiego pozytywnego… Rodzaju ekscytacji, którego doświadcza się tylko kilka razy w życiu. Czuła się związana z tym czarnym punktem na powierzchni Ziemi tak bardzo, iż to połączenie niemalże ją raniło… Wypalało jej skórę i kazało skakać, dążyć w swoim kierunku. Położyła płasko dłoń na szkle i poczuła jego zimno. Tak bardzo ciała je uderzyć, podnieść pięść i spróbować rozbić dzielącą ją barierę.
Hałas, jaki stworzyła Polty, przywołał do jej pokoju siostry. Patrzyły one na nią nieco niepewne, miejscami przerażone, ale jednocześnie zdecydowane co do tego, iż chcą ją odciągnąć od cholernego szkła. Widziała, na co patrzyła i bałagan, jaki zrobiła. Żadna się nie odezwała, ale wszystkie oddychały tym samym powietrzem, czuły narastające napięcie. Wtedy właśnie Polty uderzyła w szkło. Jej dłoń szybko zaczerwieniła się, a kłykcie chrząknęły niczym łamane. Szkło tylko delikatnie się wyszczerbiło, więc gdy młoda bogini już brała kolejny zamach, złapały ją za ramiona, ręce i nogi i praktycznie odkleiły wierzgające się ciało od podłogi. Polty krzyczała, jakby wpadła w szał. Uderzała swoje siostry, machając niezgrabnie kończynami, by się uwolnić. Gdy czarny punkt odszedł w stronę lasu, rozpoczął się armagedon. Ciało Polty wyginało się w gwałtownych spazmach padaczkowych. Młode boginie ledwie przytrzymywały ciało w powietrzu, nie dając mu uderzyć o ziemię. Gdy Stwórczyni-Matka weszła do pokoju, zobaczyła makabryczny obrazek walczących o życie dziewcząt o płaczliwych, skupionych lub przerażonych twarzach. Wszędzie wokół leżały rozrzucone papiery, podręcznik leżał grzbietem do góry, a za oknem było widać świat, który przerażał świat boski bardziej niż kiedykolwiek. Pojawiła się bowiem bogini, która w jakiś sposób była z nim związana. Nie tylko w kwestii naukowej ciekawości, ale prawdziwej nici przeznaczenia. Kolejne tygodnie mijały w napiętej atmosferze pełnej niewypowiedzianych pytań oraz niedokończonych zdań. Był to smutny czas w Meterai, gdzie na ogół było bardzo wesoło oraz wszędobylsko lało się trunki. Zapadła niemalże grobowa atmosfera a Polty czuła się w tym nowym świecie jeszcze bardziej samotna. Jej stary pokój został wymieniony na nowy, gdzie brakującym elementem było okno w podłodze. Choć wiele bogiń, jej bliższych oraz dalszych sióstr, próbowało ją pocieszyć, mówiąc, iż teraz mieszka bliżej nich. Wizja wspólnego spędzania czasu miała usunąć wszelkie smutki młodej stwórczyni. Takie zabiegi jednak nie odniosły pożądanego skutku. W nowym miejscu dziewczyna czuła się niczym w więzieniu. Zamknięta ze wszystkich stron przez marmurowe ściany ozdobione jej ulubionymi rycinami z pominięciem oczywiście tych człowieczych. Całymi dniami po pałacu jakoby się snuła, zarażając otoczenie swoim niepoprawnym nastrojem. Tworzyła smutne rzeźby oraz produkowała morze łez. Jedyne co jej pomagało to używanie swoich zdolności, przy których każdorazowo odczuwała to zabawne mrowienie wzdłuż kręgosłupa, przyprawiające jednocześnie o niepokój, jak i przyjemność. Zamknięta w swoim więzieniu stała się apatyczna, zamknięta w sobie i nie wyobrażała sobie rozmowy z kimkolwiek. Odrzucała każdą żywą istotę próbującą się do niej zbliżyć. Nastoletni bunt osiągnął wtedy w jej przypadku swoje apogeum, świadcząc o potędze wiecznej obrazy.
Trwało to aż do pewnego jesiennego, wedle czasu ziemskiego, dnia. Doby, w trakcie której wszystko się zmieniło, a Polty na zawsze została wykluczona ze świata boskich dusz. Promienie słońca jak zawsze wpadały przez małe okno znajdujące się pod sufitem. Świetlik jak zwykle przepuszczał promieniowanie elektromagnetyczne do wnętrza pogrążonego w ciszy pomieszczenia pełnego delikatnego różu. Pośród tych przedmiotów na podłodze usłanej dywanem leżała młoda bogini, wpatrując się w sufit i obmyślając kolejny nierealny plan ucieczki. Ciężko było mówić o prawdziwym przemyśleniu, a raczej o snuciu wizji, dalekiej od rzeczywistości, ale jakże pożądanej. Nigdy nawet nie próbowała ich wykonywać, nie z lenistwa, ale ze strachu. Pragnienie bliskości Ziemi przeczyło się z oddaniem matce-stworzycielce, która niejako na nią liczyła. Była bowiem jej najbliższa. Obrazem jej stworzenia. Pierwszą, której zdolności tworzenia nie były ograniczone przez kategorię. Wypuszczenie ukochanego ptaszka z klatki było nierealne.
Polty też wiedziała, iż wiedza podręcznikowa na temat rasy ludzkiej nie będzie w pełni odbiciem rzeczywistości, czy chociażby jej części. Mimo wielotygodniowej nauki psychologii grupy dziewczyna nie czułaby się bezpiecznie pośród nieznanego terenu. Dlatego też jej plany ucieczki, wszystkie co do jednego, zawierały odnalezienie postaci będącej w jej wyobrażeniu czarną osóbką na tle pięknej zieleni lasu. Osoby, która istniała w świecie ziemskim już jakiś czas i jaka może pomóc jej odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ciężko jednakże o kontakt, gdy nie ma się możliwości nawet wyjrzenia na zewnątrz, nie mówiąc o próbie komunikacji. Światło poraziło ją w oczy, gdy pod nieodpowiednim kątem wpadło do pomieszczenia. Zasłoniła delikatną twarz dłońmi i wtedy ją zobaczyła. Czarnowłosa piękność z Ziemi znajdowała się na dachu boskiego pałacu i spoglądała na nią badawczym wzrokiem przez okno. Jej oczy w tym świetle były niemalże całe czarne, a przenikliwy wzrok powodował, iż Polty czuła się nieswojo. Poruszyła się nerwowo na podłodze i delikatnie podparła na rękach, jakoby zmniejszając między nimi dystans. Kontakt wzrokowy nie trwał jednak długo. Gdy tylko pojawiły się głosy innych sióstr, tajemnicza postać zaczęła machać skrzydłami, odpychając się od powierzchni dachu. Z gardła młodej bogini wydobyło się tylko ciche „Nie.” Polty szybko zerwała się na równe nogi. Złapała za krzesło i wykorzystując skrzydła, podleciała w stronę drzwi, aby je zamknąć oraz zabarykadować od środka. Słysząc te hałasy, młodsze siostry zaczęły najpierw nieśmiało, a następnie coraz natarczywiej uderzać w drzwi. Polty odwróciła się w stronę okna i nie myśląc zbyt wiele, a czując znacznie ponad swoje możliwości, wzbiła się w powietrze i wypadła na zewnątrz. Szkło zraniło jej nagie ramiona, w głowie szumiało i ciężko było stwierdzić czy od nadmiaru emocji, czy może w wyniku uderzenia w szybę. Światło wschodzącego dnia oślepiło ją na chwilę. Łapała oddech gorączkowo i czuła jak szumi jej krew w uszach. “Jestem poza pałacem!” szeptała. “W końcu JESTEM POZA PAŁACEM!!!”: wykrzyczała na głos, cały czas machając skrzydłami, aby utrzymywać się na wysokości ponad pałacem. W tym monumentalnym momencie jej współlokatorki przebiły się do pokoju i patrzyły zdumione na nią, otwierając usta w niemym krzyku. Czuła taką mieszaninę sprzecznych emocji, iż mdłości przyszły niemalże od razu. Karuzela kręciła się w jej głowie niczym maleńki bączek, wywołujący potężny przepływ powietrza. Oddychała i żyła. Nie była już uwięziona w klatce, zamknięta z dala od pasji i marzeń. Początkowo zaczęła latać i wywijać beczki w powietrzu, nigdy jeszcze nie unosiła się tak swobodnie, bezkreśnie i nie będąc pod okiem wykwalifikowanego trenera. Nieznajoma stała w odległości, przyglądając się bogini, aż ta z powrotem skupiła na niej swoją uwagę. Yin i yang patrzyły na siebie. Spoglądały nie tylko na swoje ciała, ale niemalże prześwietlały duszę. Czarnowłosa odwróciła się w stronę Ziemi i powoli nie wykazując żadnego pośpiechu, sunęła w jej stronę. Polty niczym poddana hipnozie pieśnią wolności, podążała za nią, lawirując między wieżyczkami pałacowymi. Nie skupiała się na niczym… Na krzykach sióstr, nawoływaniach tak dręczących, iż mogłyby złamać niejedno serce. Ani na zimnie, które odczuwała, oddychała czy chłonęła. Nieznajoma co jakiś czas odwracała się, delikatnie wykonując ruch jedynie górną częścią ciała i patrzyła czy młoda bogini podąża jej śladem. Matka stworzycielka pojawiła się niemalże znikąd, stając pionowo tuż przed Polty i zasłaniając jej widok. Początkowo młoda bogini spojrzała w dół, nauczona pokory potem jednak sama skarciła się w głowie za takie zachowania i pewnie podniosła głowę. Dziewczyna wierciła się, niczym karcone przez rodzica dziecko, próbując dalej obserwować interesujące ją przedstawienie oraz młodą Herainę powoli zmierzającą do przodu. Nie skupiała wzroku na Matce, a ta nie była skora do tolerowania ignorancji. Matka boleśnie złapała Polty za podbródek unosząc jej twarz w stronę swojej i niebezpiecznie zmniejszając dystans między nimi. Bogini wierciła się w jej uścisku, wywracała oczami i starała się nie patrzeć w sugerowaną stronę. Gdy Artameraphia przemówiła, jej głos niósł się niczym grom. Mimo braku ścian zdawało się, jakby wracał do odbiorczyni podwójnym echem: „DOŚĆ”. Powiedziała to tak ostro, że siostry, które wyleciały za Polty, szybko wróciły do pałacu. “Znasz zasady. Nie wolno nam opuszczać przystani Bogów. Nie wolno podążać za rasami ludzkimi ani im podobnymi”. Polty lewitowała pierwotnie niczym zaklęta. Tak oczywiście, że znała zasady, jakby miała o nich zapomnieć, kiedy całe życie był jej powtarzane? Niczym mantra niedająca się zapomnieć, słowa, które nie przynosiły ukojenia, a jedynie drażniły wszystkie nerwy. Cholerne zasady i jeszcze gorsze ich konsekwencje! Nie potrafiła tego wyjaśnić na podobieństwo enigmy, której rozwiązanie da się poznać jedynie przez dobitnie wykonane doświadczenie nie zaś ogólnie świadczącą teorię. Polty patrzyła na Stworzycielkę oburzona, odrzucona jej prostotą… Brakiem zrozumienia oraz jednopłaszczyznowym myśleniem. Młódka nie potrafiła tego znieść.
”Nie mam zamiaru słuchać cholernych zasad!”: powiedziała wyrywając uwięziony podbródek “Teraz. Ani nigdy więcej. Mieszkamy w szklanej kopule z dala od tych, dla których powstaliśmy, których chcieliśmy i powinniśmy pomagać. Nie zniosę tego więcej. Nie odwrócę więcej wzroku i nie zawaham się!”. Matka spojrzała na nią przerażona, ale szybko jej niezdecydowanie oraz zaskoczenie zamieniło się w czystą wściekłość. Złość na młodą adeptkę oraz osobę, która ją do tego zamówiła. “Dość tego!” Wrzasnęła i spojrzała na przyglądającą się im z oddali osóbkę, by dokonać aktu Zniszczenia. Jej oczy zapłonęły ogniem trzymanej we wnętrzu niezgody. Czarna postać pewnie niczym królowa spojrzała jej w ciszy w oczy.
“Nie!” wrzeszczała Polty, która jednak nie mogła zasłonić swojego stworzenia swoim ciałem. Inne boginie, które nadleciały Matce na pomoc, trzymały ją za wątłe ramiona i powstrzymały przed poleceniem do przodu.
Nic się nie wydarzyło. Ciemna postać zadrgała tylko, a jej materialne granice na chwilę rozmyły się w świetle dnia. Patrzyła jednak na Matkę-Stworzycielkę oczami pełnymi wrodzonej pewności. Przekonania, iż nic nie jest w stanie jej się stać. Na twarzy Najwyższej powoli pojawiały się oznaki zmęczenia... Wysiłku, jaki wkładała w dokonanie zamierzonego czynu. Czarna postać spojrzała tylko na Polty, a może nie dokładnie na nią a dziewczęta ją otaczające i stworzyła ścianę, która oddzieliła to zgrupowanie.
“Chodź.” rzuciła krótko do młodej bogini i ruszyła ponownie w stronę Ziemi. Uderzenie widzianej sceny tak wstrząsnęły Polty, iż posłusznie niczym baranek zeszła na połać. Nie patrzyła na gniew, nie słyszała krzyków ani nawoływań... Nie mając w sercu nic poza pewnością, że kroczyła dobrze.
Wcale tak nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz